Subscribe via RSS

Nie dla kombinowania płcią

By Piotr Wójcicki

Prezydent RP zastopował ustawę, przepchniętą przez rządzących, o dowolnym w gruncie rzeczy decydowaniu o płci. Absurdalność tej regulacji prawnej poraża i nawet Franz Kafka czy Witkacy nie wymyśliliby takich rozwiązań literackich. No, może jednak oni akurat by wymyślili, bo byli artystami nie przeciętnymi.

Cieszę się niezwykle, że ludzie też przytomnieją i nawet na łamach mediów głównego nurtu wyrażają swą aprobatę dla decyzji Prezydenta Andrzeja Dudy i to przytłaczająca wiekszością. Oto odpowiedni tweet:

Do sejmu RP: Podwyższenie kar za znęcanie się nad zwierzętami

By Piotr Wójcicki

Do sejmu RP: Podwyższenie kar za znęcanie się nad zwierzętami

Obserwowane nader często, o wiele za często znęcanie się nad zwierzętami jest wyrazem wyjątkowego barbarzyństwa i degradacji jednostki ludzkiej. Dlatego niezwykle gorąco apeluję do wszystkich Czytelników o podpisanie petycji, która jest umieszczona pod poniższym linkiem. Z góry serdecznie i ciepło dziękuję, bowiem jestem pewien, że wielu z nas żywi znaczące, w pełni ludzkie uczucia do zwierząt.

 

https://secure.avaaz.org/pl/petition/Do_sejmu_RP_Podwyzszenie_kar_za_znecanie_sie_nad_zwierzetami/?dfnvndb

 

podpisz_petycje

Na Bakalarskiej

By Piotr Wójcicki

9 kwietnia 2013 r. wybraliśmy się na pętlę na Okęciu, kupiliśmy kilka mebli w Bodziu (na raty) i w drodze powrotnej poszliśmy na ul. Bakalarską, zwiedzić bazar “Bakalarska” i przyjrzeć się papierosom dostarczanym przez bratnie narody byłego Związku Sowieckiego oraz przypomnieć sobie atmosferę Jarmarku Europa na Stadionie Dziesięciolecia, bowiem część sprzedawców po likwidacji tamtego ogromnego miejsca handlowego przeniosła sie na Bakalarską. Miałem z sobą recorder i powstał reportaż zupełnie bezpretensjonalny.

 

Na Bakalarskiej by Piotr Wójcicki on Mixcloud

 

Mój Michnik i inni

By Piotr Wójcicki

 

Michnik1. Pierwszy raz usłyszałem o nim w 1966 roku. W auli Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się nieformalna uroczystość w 10-tą rocznicę października’56, która rozwścieczyła gomułkowską władzę. Głównymi bohaterami tej imprezy byli: prof. Leszek Kołakowski oraz Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, ale spomiędzy szumów zagłuszarek głos z Wolnej Europy wymienił jego nazwisko wśród innych uczestników wydarzenia, którzy doznali represji.
A nieca
łe dwa lata później był jużMarzec’68 i Adam Michnik stał się postacią niezwykle znaną. Od tej pory jego głos towarzyszył mojemu życiu. Wielokrotnie dotkliwie odczuwałem ponurośćPRL-owskiej egzystencji, ale skądś zawsze dobiegał mnie gniewny głos tego człowieka i wtedy z poczuciem, że jednak ktoś „pyskuje” przeciwko komunie, ktoś nie zgadza się z totalitarną rzeczywistością przychodziła przemiana nastroju. Czułem się wzmocniony, podniesiony.
Niemal czterdzie
ści lat po Marcu przeczytałem niezwykle ważną książkęRafała Ziemkiewicza pt. „Michnikowszczyzna. Diagnoza choroby” i przeżyłem szok sentymentalny oraz trzy bezsenne noce. Jednak przejąłem się lekturą, cholera, ot co. Ale o tym innym razem (będzie mnie to kosztowało sporo wysiłku).

2. „Ale uniemożliwili to zakuci rycerze postępu” – grzmiał głos zacinającego się, ale mówiącego z pasją młodego chudego chłopaka. Na sali sądowej słychać było tylko terkot czterech nagrywających dużych magnetofonów szpulowych. Miejsca dla publiczności zajmowały rodziny oskarżonych, funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i ja we własnej, 19-letniej osobie.
Jak ja si
ę dostałem w owych pierwszych dniach lutego 1969 r. na zwany otwartym, ale jednak zamknięty (tak wtedy było) proces Adama Michnika i innych? Legalnie się dostałem.
Studiowa
łem na SGPiS-ie (dzisiejsza SGH) i tam podczas ulubionego przeze mnie szwendania się po auli spadochronowej ktoś napotkany poinformował mnie, że w siedzibie Okręgowego Zarządu Studenckiego ZMS w Alei Róż leży w sekretariacie przewodniczącego nie chciana przez nikogo wejściówka na wspomniany proces. I była! Nie chciało mi się wierzyć, że nikogo w podobno ideowej organizacji młodzieżowej nie zainteresuje proces przywódców Marca’68. Pokazałem pisemko z redakcji uczelnianego, zresztą ZMS-owskiego tygodnika „Sigma” i dostałem przepustkę do politycznego raju (tak wtedy czułem).

 

Na tej sali usłyszałem po raz pierwszy w życiu na żywo wolne słowo, poglądy wypowiadane otwarcie, pełnym głosem, bez cenzury. Dygotałem wewnętrznie – pod takim byłem wrażeniem. Do tej pory wolne słowo docierało do mnie z zagłuszanych niemiłosiernie rozgłośni Radia „Wolna Europa„, „Głos Ameryki” czy BBC.

 

Adam Michnik mówił przez 15 godzin – 8 godzin jednego dnia i 7 – drugiego. „Ależ on mówi” wyrwało mi się z ust,co siedząca obok mnie przystojna pani w średnim wieku skwitowała słowami: „Trzeba mieć coś do powiedzenia, wtedy tak to wygląda”. Oszołomiony, spędzałem przerwy w rozprawie na korytarzu sądowym otoczony ludźmi, chcącymi się dowiedzieć, co tam, za zamkniętymi drzwiami się dzieje.

Pamiętam bardzo brodatego Leszka Szarugę, połyskującego przerażająco grubymi szkłami okularów, pamiętam Felka Woroszylskiego i chyba Jacka Kleyffa. Coś nieporadnie relacjonowałem, na pewno bardzo nieskładnie, zupełnie nie pamiętam, co im mówiłem. Znałem ich wszystkich z prywatnych spotkań. Pamiętam też, jakie wrażenie wywarł na mnie wyrok: 4,5 roku więzienia dla Michnika.

 A niespełna 40 lat później przeczytałem Rafała Ziemkiewicza „Michnikowszczyzna. Diagnoza choroby”.

3. Pamiętam go, szczupłego drobnego czarnowłosego chłopaka, który stojąc przed sądem komunistycznej PRL cichym głosem składał
zeznania. Na sal
ę sądową trafiłem niestety w ostatnim dniu słuchania oskarżonego Henryka Szlajfera, więc niewiele mogę powiedzieć o czym mówił. Tak naprawdę pamiętam wyjaśnienia Wiktora Góreckiego, który grzecznie odpowiadał na wszystkie pytania towarzyszki sędziego
przewodnicz
ącej oraz chudego, wysokiego prokuratora oraz gromkie dwudniowe, programowe przemówienie Adama Michnika. Pamiętam jeszcze, jak wpatrywałem się w przystojną, zgrabną dziewczynę, Barbarę Toruńczyk, która w ogóle odmówiła składania wyjaśnień.

 Byłem jedynym obserwatorem na tej sali naprawdę z zewnątrz. Widownię stanowiły przede wszystkim rodziny oskarżonych oraz kilku
funkcjonariuszy
Służby Bezpieczeństwa, fachowo obsługujących cztery duże magnetofony szpulowe. Dostałem się na tę salę fuksem, o czym wyżej. Nikt nie zainteresował się możliwością zobaczenia tego wydarzenia. Tylko ja. Wziąłem pismo z uczelnianego Tygodnika “Sigma” i na jego podstawie otrzymałem cenny dokument, uprawniający do zasiadania w ławach widzów.

 Teraz po 40 latach, dokładnie w rocznicę Marca’68 czytam w dzienniku “Polska” krótki tekst Grzegorza Rzeczkowskiego:

z2766418Q,Henryk-Szlajfer Szlajfer, który przez ostatnie kilkanaście miesięcy był
dyrektorem archiwum MSZ, ostatni  raz przyszed
ł do pracy w piątek.
Dok
ładnie w 40. rocznicę historycznego wiecu na Uniwersytecie
Warszawskim, który studenci UW zwo
łali w obronie jego i Adama
Michnika.Obaj zostali wówczas relegowani z uczelni za udzia
ł we
wcze
śniejszych demonstracjach. Wiec zapoczątkował falę studenckich
protestów, która rozla
ła się na cały kraj.

O powodach swej decyzji Henryk Szlajfer nie chce rozmawiać. –
Odchodz
ę na własną prośbę – ucina. Nie jest jednak tajemnicą, że
Szlajfera nie satysfakcjonowa
ła praca na obecnym stanowisku.Do archiwum
MSZ trafi
ł pod koniec 2006 r., prosto ze stanowiska szefa prestiżowego
departamentu Ameryki. Decyzj
ę o odstawieniu go na boczny tor podjęła
ówczesna szefowa resortu Anna Fotyga.By
ła to część PiS-owskich zmian w
MSZ, które mia
ły na celu wyeliminowanie ludzi z “korporacji Geremka”. A
Szlajfer, który przyszed
ł do resortu latem 1993 r., był jednym z jego
wspó
łpracowników.

W swej karierze dyplomatycznej był ambasadorem RP przy ONZ, OBWE
i Mi
ędzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Gdy w 2005 r. miał zostać
ambasadorem w Waszyngtonie, “Wiadomo
ści” TVP oskarżyły go o współpracę
z SB. Cho
ć zarzuty się nie potwierdziły, Szlajfer został w Polsce.

Według naszych informacji po zmianie rządu Szlajfer, który
cieszy si
ę opinią znakomitego fachowca od spraw amerykańskich i
bezpiecze
ństwa międzynarodowego, liczył na powrót z zesłania (archiwum
MSZ znajduje si
ę na obrzeżach Warszawy) i objęcie stanowiska dyrektora
którego
ś z ważnych departamentów w resorcie.A przynajmniej większego
wp
ływu na kwestie związane z tarczą bezpieczeństwa, w czym był
specjalist
ą. – Takiej propozycji jednak nie otrzymał. Poczuł się
niepotrzebny i st
ąd decyzja o odejściu – mówi jeden z pracowników MSZ.

Szlajfer, który obronił rozprawę habilitacyjną, zajmie się teraz
prac
ą naukową w Instytucie Ameryk i Europy UW oraz w Instytucie Studiów
Politycznych PAN

 Tyle nasza kochana demokratyczna i wolna prasa. Wtedy w lutym, marcu 1969 r. stałem na dość ponurym korytarzu sądowym i patrzyłem, jak dwóch milicjantów wyprowadzało skutego kajdankami Henryka Szlajfera, oskarżonego w procesie – jak to się wtedy oficjalnie
mówi
ło – Michnika, Szlajfera i innych (ci “inni” to właśnie Barbara
Toru
ńczyk, do której skrycie wzdychałem oraz Wiktor Górecki).

 Za konwojem wybiegł ojciec Szlajfera, przygarbiony troską, o niezwykle smutnym wyrazie twarzy. Starał się dogonić konwój, wołając: “Czy czegoś potrzebujesz?”. Syn odkrzyknął:
“Tak
, mocnych papierosów, dużo mocnych papierosów, Gaulloise’ów. Bez filtra!!!”. I zniknął z konwojującymi go milicjantami za zakrętem, prowadzącym ku klatce schodowej.

 

 

4. Z niektórymi spotykałem się po raz ostatni. Był wrzesień 1968 r. i ruszyły już wycieczki na Dworzec Gdański, żegnające naszych znajomych, wyjeżdżających w znane-nieznane: do Szwecji, Izraela, Australii itp, itd. Ta lawina pożegnań łączyła się z intensywnym życiem towarzyskim.Wpadliśmy wieczorem do Stasia J. we trójkę: Mariola, Michał Gołaszewski (dziś – University of Canberra) i ja. Tłoczyliśmy się w malutkim pokoiku, generując młodzieżowy gwar. Każdy starał się usiąść gdzie się dało – na tapczanie, na krzesłach i rachitycznych fotelikach produkcji krajowej i na podłodze – najpewniejszym miejscem do siedzenia.We dwóch z Leszkiem Szarugą staliśmy na środku pomieszczenia i zażarcie dyskutowaliśmy, pomagając sobie intelektualnie uzasadnionymi ruchami rąk.W promieniu wielu kilometrów byłem jedynym facetem, który w wieku 19 lat przeczytał cały pierwszy tom „Kapitału” Karola Marksa. Dla poetów i intelektualistów byłem więc nader łakomym kąskiem. Z brodatego oblicza Leszka parowały emocje, ja natomiast w takich chwilach dialogowego apogeum odczuwałem rozkoszne, wewnętrzne rozedrganie.Klasy, warstwy, baza i nadbudowa (we wzajemnym klinczu), własność społeczna, państwowa i indywidualna, środki produkcji i jej stosunki, wartość dodatkowa, redystrybucja dóbr, każdemu według pracy i każdemu według potrzeb. Przepływy międzygałęziowe sobie darowaliśmy. No i niech mi ktoś powie, jak tu się nie ekscytować?Co pewien – na szczęście – niedługi czas, mały pokoik wypełniały dźwięki gitary i głos Jacka Kleyffa. Wstrząsająca ballada „Hradec Kralove” była wtedy wyjątkowo na czasie – półtora miesiąca wcześniej u boku Armii Czerwonej udzieliliśmy naszym czeskim i słowackim przyjaciołom bratniej pomocy, co by im Dubczek oraz Kundera z Havlem socjalizmu nie popsuli. Udało się – rzecz jasna – i ustrój, oparty na ludowładztwie i światłej dyktaturze proletariatu ostał się jeszcze na ponad 20 bitych lat. Jacek zaśpiewał kilka piosenek, ale pominął kawałek o tytule „Ogryzek”.

Przy każdej okazji męczyłem go do upadłego, aby przedstawił ten wdzięczny utwór. Wykręcał się, ale w końcu ulegał.Trzy lata temu po ponad 30-letnim niewidzeniu się spędzaliśmy z Jackiem Kleyffem Noc Sylwestrową w Teatrze Studio. W zupełnie spontanicznym odruchu, po północy Jacek urządził nam mini-recital z towarzyszeniem przyjaciół z Orkiestry Na Zdrowie. Niektórzy ze współbiesiadników prosili o różne utwory z przeszłości, a ja – oczywiście – marudziłem na temat „Ogryzka”. W końcu Jacek westchnął i powiedział : „Dla Piotrasa – ogryzek” i zaczął „zapowiadać” przez zdezelowany dworcowy megafon odjazd pociągu osobowego. 

 

ZiemMich

O warsztacie

By Piotr Wójcicki

53bd50776_hokus_pokus_czary_maryPewien autor o tzw. postępowych poglądach zjechał Wojciecha Cejrowskiego, tłumacząc jednocześnie postawę Ewy Wójciak, postponujacej papieża grubym słowem oraz prof. Zofii Kolbuszewskiej, która podpisała się pod obroną szefowej Teatru Dnia Ósmego. Autor użył metody dziwacznej i niestety często stosowanej, a intelektualnie żenującej.

Sytuacja wyjściowa jest prosta. mamy trzy postacie: dyr. Wójciak (czy ktoś jeszcze pamięta jej wybitne osiągnięcia teatralne i aktorskie?), redaktora Cejrowskiego i prof. Zofię Kolbuszewską. Mamy fakty, mamy osoby dramatu i możemy spokojnie wziąć się za opracowanie owego dramatu. Proste jak droga ku słońcu. Wyraziste poglądy, wyraziste wypowiedzi, wyraziste poczynania. Czego chcieć więcej?

 Okazuje się, że Autorowi z niewiadomych mi powodów czegoś wyraźnie zabrakło i postanowić pogłębić całą sprawę przez odwołanie się do zamierzchłej historii, która pewnie powinna nam dopiero uzmysłowić siłę argumentacji Autora.

Zadaje więc on szereg pytań pomocniczych, niektóre retoryczne, niektóre wynikające zapewne z autorskiej ciekawości („ciekawe co zrobiłby w takiej to, a takiej sytuacji 500 lat temu”), a niektóre zadaje po to, aby na nie natychmiast odpowiedzieć. Dokonał więc Autor dość skomplikowanej operacji narracyjnej, rezygnując w zasadzie z klarownego przedstawienia własnej opinii.

 Dobrze, można i tak, bowiem twórczość pisarska zna zabiegi wszelkiej różnorodności. Pytania, co robiłby C. przed stuleciami ma taki skutek, że narzuca prostą odpowiedź, iż robiłby dokładnie to samo, co zrobiłby wtedy Autor. Zakładając, rzecz jasna, że byłby gruntownie wykształconym człowiekiem, chętnie spożywającym wodę z krynicy wiedzy. Nie wyobrażam sobie bowiem, aby miał wątpliwości, co do istnienia potwornej zbrodni „czarostwa”, co do karania stosem, symbolem ostatecznym potępienia w mękach piekielnych, o których realności byłby głęboko przekonany (właśnie jako człowiek światły), a tortury Autor uważałby za znakomity środek, używany w postępowaniu przygotowawczym do wykrycia prawdy, bowiem wiedziałby nasz krytyk radykalizmu katolickiego, że w obliczu Boga podczas brania na męki kłamstwo nie może wyjść z ust (z duszy, serca, umysłu) podsądnego.

No więc pytam, po co pakować się w taki intelektualny i warsztatowy galimatias zamiast – po prostu – ciąć ostrzem krytyki, wybraną z owych trzech postaci (co we wszystkich trzech przypadkach wydaje się niezmierne proste, jeśli się tylko zechce chcieć).

Musze zasmucić Autora, że byłby przez szereg minionych wieków uważany za wyjątkowego nieuka, gdyby nie podzielał poglądów ówczesnej elity umysłowej na tak bulwersujące go zagadnienia. I jeszcze raz pytam, po co to? Jeśli można prosto i szczerze, narażając się najwyżej na krytykę merytoryczną, a nie warsztatową.

Ernest Skalski wie jak i z kim trzeba rozmawiać

By Piotr Wójcicki

 

22 września 2012 o 18:27

skalskiErnest Skalski jest znakomitym, doświadczonym publicystą i właśnie dlatego pokazał, jak należy traktować poważnych oponentów. Należy ich mianowicie traktować poważnie i merytorycznie.
Nikt, powtarzam ze zdziwieniem nikt, nie zmia
żdżył tak skutecznie i celnie PiS-u jak uczynił to Ziemkiewicz w dwóch rozdziałach jednej ze swoich książek (nie pamiętam, czy to w „Polactwie“ czy „Michnikowszczyźnie“. Przejechał się po tej partii jak walec, pokazując absurdalność poczynań jej ludzi, tępotę i brak kompetencji. Uczynił to dotkliwie i bardzo skrupulatnie. Jeśli się ma takiego sojusznika, to przeciwnicy są znacznie mniej groźni.
Wie o tym Ernest Skalski i dlatego u
żywa w sporze argumentów, a nie inwektyw i pisze o krytycznych wobec PO artykułach w Gazecie Wyborczej.
Wytrawny publicysta wie,
że nie wystarczy — jak to któryś z komentatorów błyskotliwie ujął — „puścić gluta“ na Ziemkiewicza, Wildsteina, Zarembę i całkiem spory zastęp piszących, posiadających wiedzę, a przede wszystkim doskonały warsztat zawodowy. Wie, że nie wystarczy powiedzieć, że do pewnego momentu, to byli „zdolni chłopcy“ i tacy mili, i inteligentni, a później się zatrzymali — bo, co — bo np. ulegli nazyfikacji, nawrócili się na religię smoleńską, urzekły ich fackelzugi, idea wodzowska i najczarniejsze mroki klerykalizmu.
Ernest Skalski wie,
że nonsensem jest postulat denazyfikacji czegoś-kogoś, co nie zostało znazyfikowane. Kogo denazyfikować — Zarembę, Wildsteina, Antoniego Liberę (pewnie zwiedziony przez Becketta i przez tłumaczonych przez siebie starożytnych greckich tragików dał się bidulek oszołomić), a może Jana Krzysztofa Kelusa (pewnie zaślepiony nienawiścią i oślepiony blaskiem pochodni zagubił się i drżącą ręką napisał list w obronie swobody wypowiedzi — co za ignorant, nieprawdaż?).

Z czym do gości? Z czym do ludzi wiedzących, co chcą napisać, będących pewnymi swoich poglądów, a przede wszystkim posiadających fenomenalny warsztat pisarski. Toż oni takiego fatyganta, amatora-denazyfikatora czy autora, który ma nie dwie szare komórki, a pewnie trzy w kilku zdaniach okręcą sobie wokół małego palca u lewej nogi i nawet się tym nie zmęczą.
I Ernest Skalski o tym wie i podejmuje powa
żną, merytoryczna rozmowę z oponentem. Tak samo czyni Azrael i tych Autorów się czyta z szacunkiem i zrozumieniem. To są rzetelni rozmówcy, dyskutanci — a jeśli są przeciwnikami — to to są przeciwnicy, których warto, naprawdę warto mieć.

Biznes od początku

By Piotr Wójcicki

 

pieniadze1Zgadzam się, ale muszę trochę podroczyć się w kwestii tych pieniędzy własnych, wykładanych na początek. Po pierwsze przypomina mi się reguła z „Ziemi Obiecanej” o zbędności gotówki w kieszeni na początku przedsięwzięcia i ja się z nią zgadzam, bowiem co to za sztuka wydać pieniądze skoro ma się ich całą furę?

A po drugie przykład konkretny. Byłem przed laty współwydawcą 4 książek z zakresu literatury wagonowej (jedną z nich sam popełniłem w ciągu 10 dni). Moimi wspólnikami byli wytrawni łódzcy przedsiębiorcy odzieżowi. Cztery książki pięknie wydane, ale teraz trzeba je było sprzedać. Aby je sprzedać należało je wyeksponować w dogodnych miejscach. Potrzebne nam były niewielkie segmenty złożone z dwóch drucianych półek w ilości trzystu sztuk. Zwiedziliśmy odpowiednie hurtownie i powaliła nas wizja niebotycznych kosztów takiej inwestycji. Otóż jeden z łódzkich wyjadaczy, którzy mnie wprowadzali w tajniki biznesu męczył się przez tydzień, gdyż jak się zwierzał, problem segmentów leżał mu po nocach na piersiach i dusił. I wymyślił!!!

Zamówił w hurtowni trzysta wymarzonych segmentów z gumą do żucia i równoczesne umówił się z sieciami sklepów spożywczych, że sprzeda im tylko gumę, bowiem miały już one takie półeczki z poprzednich dostaw. Pieniądze za gumy zapłacił hurtownikowi, a półki zatrzymał do swojej dyspozycji. Genialne: nie było oszustwa, obie strony były zadowolone, a my mieliśmy 300 półek na książki i wstawiliśmy je gdzie tylko się dało (przeważnie koło kas) i to wszystko gratis. Bomba!!!

I jeszcze jeden przykład. Opracowałem zbiór ustaw wywłaszczających od 1944 r. do 1993r. nakłoniony obietnicą Pani Premier Hanny Suchockiej wniesienia pod obrady Sejmu projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Na wydanie tej pracy pożyczyłem pieniądze od pewnego właściciela zakładu fotograficznego, dałem do druku do jakiejś rodzinnej drukarenki i częściowo za druk zapłaciłem, a częściowo zapłatę stanowiła moja rozjemcza działalność, bowiem drukarskie małżeństwo się rozwodziło i miało problemy z podziałem majątku ruchomego. W ten sposób koszty wydawnicze były minimalne i niebawem się zwróciły ku radości fotografa. Sam nie miałem ani grosza. Bowiem kapitalizm to taki cudowny ustrój, w którym uczciwie można funkcjonować bez posiadania własnego kapitału, a wszyscy zaangażowani odnoszą korzyść.

No i co z tym „Pieniądze, pętaku”. Nie ma krzywdy, a jest ruch, jest zysk.

pieniadze-2

Piaseczno, ne wiadomo dlaczego?

By Piotr Wójcicki

Dlaczego nas nienawidzą?

By Piotr Wójcicki

 

ż poradzić: oni nas nienawidzą. Nienawidzą naszej kultury, nienawidzą naszej religii, ale przede wszystkim, nienawidzą naszej wolności i naszej demokracji“ — napisał Jacek Pałasiński na portalu „Studio Opinii”.
ż poradzić, że jeśli ktoś obrazi Allaha i/lub Jego Proroka, to muzułmanin czuje się tak, jakby mu ktoś wyrwał mózg, serce i duszę, jakby mu została jedynie sama bezduszna cielesna powłoka z fla-kami, że czuje się tak jakby zmiażdżono mu z imentem tożsamość i w ogóle wszystko, co ma i co nadaje sens jego życiu.
ż poradzić, że muzułmanin nie ma takiej impregnowanej cywilizacyjnie świadomości jak ja.
Je
śli mi ktoś powiesi coś nieprzyjemnego na Krzyżu, to zawsze mogę być dumny, a nawet przew-rotnie zadowolony, że posiadam własny, drugi policzek, a poza tym jestem spadkobiercą francus-kich Encyklopedystów, deklaracji praw i wolności oraz najróżniejszych konstytucji i kodeksów. Co najwyżej łzę otrę z tego drugiego policzka, jeśli jacyś – rzecz jasna – fundamentaliści sprowokują sąd do ukarania za ten czyn grzywną niewinnego człowieka.
ż poradzić, że muzułmanin nie pójdzie w moje ślady i nie zaakceptuje, jako fundamentalną (tfu, co za słowo) zasadę wolności przyzwolenie na przytulanie się nagiego artysty do ukrzyżowanej figury Zbawiciela, bynajmniej nie w celach dewocyjnych. No, ale na mnie patrzy skądś tam Jean-Jacques Rousseau, a na niego nawet Rousseau Celnik nie spojrzy. On nie „nienawidzi naszej wolno-ści i naszej demokracji”, on jej zwyczajnie zupełnie nie bierze pod uwagę, bo nie jest mu do niczego, ale to do niczego potrzebna, a jeśli cokolwiek o tej naszej wolno­ści i demokracji wie, to wie, ze niesie ona dla niego gehennę pełną ognia. Tak ma.
ż poradzić, jeśli ja jestem w stanie zgodzić się na sprzeczne z moją wiarą przejawy życia, bo tak mam, po św. Pawle, iż oddziela się we mnie sfera religijna od świeckiej (nie wiem, czy nie za bar-dzo mi się ona oddziela), a rzeczonemu muzułmaninowi w żadem żywy sposób nie odkleja się reli-gia i wiara od niczego, co w nim może być. I jeśli ktoś z wrażego klanu lub plemienia obrazi Allaha i jego Proroka, to jasne jest dla niego, że cały wraży klan za tego jednego idiotę odpowiada. I takie jest jego klanowe (a nie rzymskie) prawo i obowiązek.
ż poradzić, że jeśli ktoś mi napaskudzi na Chrystusika, to ja będę nadal dumny ze swojej cywilizacji euro-amerykańskiej oraz ze wszystkich swobód i wolności, a jeśli ktoś jemu napaskudzi na Mahomecika, to on w najłagodniejszym przypadku da w mordę każdemu członkowi wrażego klanu, bo według niego cały klan jest zepsuty, skoro ma w sobie takich osobników.
ż poradzić, aby religijność tego muzułmanina tak złagodniała, aby stać w pełni akceptowalną i nawet modną odmiennością czy „innością” chętnie widzianą nawet w dobrym towarzystwie i abym nareszcie ja – oswojony i super poprawny katolicki ateista mógł sobie pogadać z oswojonym ateistą islamskim o piciu alkoholu i spożywaniu kotletów bardzo wieprzowych.
ż poradzić, aby było tak miło i przyjaźnie?

Challenge-Of-Islam-To-Christians

Kalendarz 2011 r.

By Piotr Wójcicki

 

 

KlepsydraZapisuję to w październiku 2012 r. Tak więc swobodnie aczkolwiek i powściągliwie dopisuję to i owo, albowiem nie jest to typowy dziennik, ale rekonstrukcja poszczególnych lat na podstawie notatek w kalendarzach. Właściwie zręczniej jest cały ten proces określić mianem rekonstrukcji szkieletów poszczególnych lat, chociaż brzmi to dość upiornie.

 

 

Nie wiadomo dlaczego 31 grudnia 2010 r. zadałem sobie pytanie „Ciekawe, czy będę w Adamowie?”. I w trakcie zapisywania poprzedniego króciutkiego zdania uzmysłowiłem sobie, że to był mój pierwszy samotny Sylwester po śmierci Joli, 7 sierpnia.

 

Sylwestra spędziłem nie w Adamowie u Brojerów, ale u Zamłyńskich na Ursynowie, na ul. Zamiany 5.

 

W niedzielę 16 stycznia nowego już 2011 r. miałem audycję (albo jedynie pierwsze spotkanie z p. Łukaszem Korwinem z Radia Wnet (Hotel Europejski, p. 269). Pierwszy raz byłem w gmachu, obrosłym legendą elegancji i zobaczyłem obiekt w stanie upadku, pusty, zmarnowany, prawie nieistniejący. Tak, piszę o Hotelu Europejskim, jednym z najciekawszych w Warszawie (i nie tylko) zabytków hotelarskich. I to w kapitalistycznej Polsce!

 

To był okres spotkań z różnymi paniami. Pod datą 19 stycznia (środa) zapisałem: „I dać sobie spokój do wiosny”. Dobrze sobie nakazałem, gdyż na wiosnę, 27 kwietnia miałem pierwszą randkę z Olą. I tak już zostało.

 

22 stycznia zapisałem sucho: „Może być renta, oddać stówę Iwonie”. Pod tym sformułowaniem kryło się całe moje utrapienie materialne. Goniłem w piętkę, jak jasny gwint.

 

Znowu niedziela, 23 stycznia, o 19.45 w Raddiu Wnet współprowadzę audycję na temat postaw wobec własnej choroby. Słuchają nas ludzie na calym świecie, od Kanady po Australię, a nawet Nową Zelandię. Wyświetla sie nam to na mapie komputerowej. Łączą się z nami za pośrednictwem Skype’a.

 

I znowu 13 lutego Radio Wnet.

 

16 lutego do Zgorzelca, a 26 lutego ze Zgorzelca. Ninel (już bardzo chora, ale jeszcze pracująca i przychodząca do ŻIH) dała mi na ten wyjazd 300 zł. Byłem bardzo wzruszony tym gestem.

 

7 marca zapisałem szumnie i dumnie, że „pracuję nad strona ParaDebel”, bowiem doszedłem do rewelacyjnego przekonania, że jestem w stanie rozkręcić internetową stronę randkową lepiej od innych.

 

8 marca zanotowałem: „Były Dzień Kobiet”

 

18 marca byłem w Teatrze Studio – pewnie załatwiałem jakieś formalności, związane ze śmiercią Joli, albo sprawy podatkowe.

 

24 marca – Jazz-Night u Aktorów. Koncertujący saksofonista zagrał na moją prośbę „Take Five” (David Brubeck). Na nikim nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, co zraziło mnie do całej imprezy całkowicie.

 

30 marca 30-lecie Tysola na Batorego, impreza nieźle udokumentowana, na której byli wszyscy święci i ja. Siedzieliśmy w „Zielonej Gęsi” na dole w sali dla palących z Wojtkiem Brojerem, z bardzo przeze mnie lubianym Krzysiem Czabańskim oraz z Bożenką, byłą konsul w Strassburgu (bardzo mnie zastanawia sposób wybierania kandydatów na takie stanowiska, bardzo, bardzo).

 

2 kwietnia byłe z Markiem Garbiczem na obiedzie chyba „U Pana Michała”.

 

6 kwietnia pierwszy raz w życiu zapisałem adres Wojtka B: osiedle Przyjaźń 153, 01-355 Warszawa.

 

Marzec – kwiecień i później – powtarza się urolog (to po zeszłorocznych sterydach zaczęło mi wszystko siadać).

 

13 kwietnia – Łódź, w irlandzkim pubie z Mirą Waltari. Niezwykle sympatyczna kobieta i bardzo życzliwa. Teraz bardzo przyjaźnie kibicuje Oli i mnie.

 

14 kwietnia – odebrałem na Dworcu Gosię ze Szczecina, która przyjechała na jakieś szkolenie zawodowe. Następnego dnia, 15 kwietnia, szwendaliśmy się po centrum Warszawy w godz. 14-17 do odjazdu jej pociągu. Wiatr nas okrutnie przedmuchał w ogródku jakiejś knajpy rockowej na Emilii Plater.

 

W niedzielę, 24 kwietnia, Wielkanoc u Brojerów – pierwsza i na razie ostatnia samotna Wielkanoc bez ukochanej osoby. Pojechaliśmy z Ewunią, która później pojechała do Sulejówka do Wojtka Urbańskiego na dalszy ciąg śniadania wielkanocnego. My czyli gospodarze, Karol Świątkowski z żoną Ewą i córką oraz synem Wiktorem i ja przesiedzieliśmy do późnego popołudnia, gdzieś do 18-19.

 

27 kwietnia zapisałem chyba najważniejszy komunikat w moim życiu: ”13.00 – Ola Duszyńska”. To była najważniejsza środa w moim życiu. Spotkaliśmy się pod kolumną Zygmunta, a potem do „U Pana Michała”.

 

29 kwietnia – do Zalesia Dolnego, do Oli na tzw. majowy długi week-end. 3 mają do Warszawy. I tak się zaczęło na dobre. W Zalesiu była cała rodzina Oli, syn Filip, synowa Edyta i wnuk Artur.

 

13 maja, w piątek w Agencji Stars na Alejach Ujazdowskich. Stawałem do castingu z powodzeniem, bowiem zrobiłem wściekłą awanturę pani, prowadzącej nabór, o to, że mnie zdradza. 17 maja zapisałem, że „zagram rolę właściciela restauracji”, strasznego łobuza w paradokumentalnym serialu „Malanowski i Partnerzy”.

 

W maju i potem nadal bujam się urologicznie.

 

15 czerwca po raz ostatni nawykowo zapisałem: „Imieniny Joli”.

 

20 lipca przesyłałem Ewie paszport przesyłką konduktorską, gdyż jechała z Wojtkiem Urbańskim do Lwowa prosto z pleneru w Jarosławiu.

 

28 lipca o 10.30 miałem być w Sądzie Rejonowym na Marszałkowskiej 82 sala 417, sygn. Akt: II Ns 1/11. Aaaa – to pewnie słynny w naszej kamienic y Antczak narozrabiał. Pozwał całą Wspólnotę za różne rzeczy. Nie poszedłem i chyba nikt z lokatorów nie poszedł, bowiem reprezentował nas prawnik naszej Administracji.

 

2 sierpnia w przeddzień moich urodzin odbyło się u mnie w godz. 12-14 uroczyste odczytywanie liczników elektrycznych. Moglem więc spokojnie następnego dnia w pełnym świetle skończyć 62 lata w obecności Oli (w Zalesiu), od której dostałem, elegancką torbę na ramię, małą torebkę na ramię i zestaw kosmetyków. Bogato było. Pachniałem, jak wszystkie moje 62 lata razem wzięte.

 

7 sierpnia byłem w Szczecinku, na grobie w rocznicę śmierci Joli. Niesłychanie dziwne to uczucie i nader poważne – odwiedzać miejsce spoczynku własnej żony.

 

I to był ostatni zapis w kalendarzu na rok 2011. Później już mi tak dobrze było z Olą, że niczego nie zapisywałem. Życie pisało się samoistnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

%d bloggers like this: